Tagowe archiwa: studia

inż. Łukasz

Tak oto upłynął mi semestr siódmy, całkowicie inny od pozostałych. Można powiedzieć, że nawet przyjemny i interesujący. W końcu udało mi się otrzymać 3 nowe litery i kropkę przed nazwiskiem, a to dla mnie całkiem miłe osiągnięcie :).

Semestr

Na ten semestr został mi już tylko jeden przedmiot – algorytmy heurystyczne. Niewiele mogę jednak o nim napisać, gdyż (niestety?) nie bardzo się do niego przykładałem z powodu zaangażowania w pracę inżynierską. Ot przedstawienie, podsumowanie wiedzy o metoda metaheurystycznych i trochę obrzydliwej matematyki. Na plus można zaliczyć fakt, że udało mi się przy okazji poznać nowy język – R, potrzebny do realizacji projektu.

Na oddzielny akapit zasługuje seminarium dyplomowe, na którym każdy uczestnik miał okazję opowiedzieć o swojej pracy dyplomowej. Inicjatywa całkiem fajna, bo rozwijającą. Ogromna różnorodność tematów pozwala doszkolić się z innych, niż własna, dziedzin. Przyczepić można się tylko do dwóch rzeczy. Przede wszystkim każdy uczestnik miał tylko 20 minut na prezentację, co jest śmiesznie małą ilością czasu. Ciężko w 1/3 godziny przedstawić efekt wielu dni pracy, ale widocznie „tak musi być”. Druga sprawa to jakość przygotowanego przez uczestników materiału – często co najmniej „słaba”. Niemniej jednak, takich inicjatyw powinno być więcej. Niech nie tylko wykładowcy mają prawo głosu :).

Praca inżynierska

Zdecydowaną większość semestru spędziłem na pracy nad dyplomem. Poważny risercz, dużo pisania – zajmowało to kupę czasu i co ważniejsze chęci i siły. Z tego też powodu zaniedbałem całkowicie bloga. Po spędzeniu kilku godzin dziennie na pisaniu, perspektywa tworzenia (dobrowolnie) notki na bloga powodowała u mnie niemal odruch wymiotny. W każdym razie, efekt mojej pracy jest (przynajmniej dla mnie) więcej niż zadowalający. Kompletny, funkcjonalny moduł jądra oraz około 90 całkiem treściwych stron pt. „Nowoczesne mechanizmy bezpieczeństwa w systemie Linux” są zwieńczeniem niemal roku pracy. Co jednak najważniejsze praca została oceniona na bardzo dobry z wyróżnieniem czyli nie tylko mi się podobała :).

Studia, studia… i po studiach

Udana obrona – studia ukończone na bardzo dobry z wyróżnieniem zakończyły inżynierski etap mojej edukacji. Nie mam ochoty ich podsumowywać, gdyż myślę, że byłoby to nierzetelne. Prawdziwy obraz moich studiów tworzą komentarze do poszczególnych semestrów, do których linki można znaleźć poniżej:

Odpowiem jednak przy okazji na proste pytanie: czy żałuję? Nie, nie żałuję. Tych 7 semestrów poszerzyło moje horyzonty w wielu kwestiach i nauczyło wytrwałości. Mogło być jednak znacznie lepiej. Szkoda zmarnowanego potencjału.
Co teraz? Odpowiedź jest prosta – czas na studia magisterskie – znowu na kochanym Wydziale :). Myślałem oczywiście o zmianie miejsca, ale najnormalniej w świecie – nie chce mi się.
PS. Blog dorobił się dwóch nowych działów Projekty i Publikacje. Zobaczcie koniecznie!

Jak (wg mnie) uczyć się na studiach?

Sześć semestrów studiowania już za mną – to znaczy, że jestem już za połową. Dużo kolokwiów i egzaminów udało mi się już zaliczyć, zarywając przy tym jeszcze więcej nocy. To wszystko znaczy, że pewne doświadczenie w studiowaniu już mam i wydaje mi się, że już niewiele rzeczy jest w stanie mnie na studiach zaskoczyć ;). Wiem, że zagląda tu sporo studenckiej braci, dlatego postanowiłem dać kilka porad młodszym rangą od siebie :).

Semestry początkowe, czyli kurowa wszystkich nauk

Na chyba każdej uczelni technicznej pierwsze semestry składają się głównie z matematyki. Algebra, analiza, logika, statystyka – to standard. Semestry te są też podobno najtrudniejsze i na nich odpada najwięcej osób. Na mojej kochanej Uczelni z matematyki dawano nieobowiązkowe zestawy zadań, które później robione były na ćwiczeniach. Jak się okazało, najskuteczniejszym podejściem do sprawy było po prostu robienie ich samodzielnie wcześniej. Owszem, zabierało to dużo czasu: dzień przed ćwiczeniami widywałem wschody słońca, przy piwku i zeszycie z całeczkami; owszem było to nudne, a czasem wręcz niesamowicie irytowało; ale owszem – dawało to wybitne wyniki: dzień przed kolokwium wystarczyło przejrzeć wykonaną wcześniej pracę, a samo kolokwium wydawało się dziecinnie proste. Do matematyki podejście jest więc proste: ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz klepać schematy – a zaliczenie przyjdzie bez problemu.

Warto jeszcze wspomnieć dwa słowa o wykładach i ćwiczeniach. Na wykładach bardzo często dyktowana jest książka (z dokładnością do takich samych przykładów). Można więc pokusić się o absencje, jednak wtedy trzeba taką książkę załatwić, albo wziąć od kogoś notatki. Ja mimo wszystko uczęszczałem na wykłady, głównie dlatego że najmilej czyta mi się swoje własne pismo i żartobliwe rysunki :P. Co do ćwiczeń, to warto chodzić – głównie po to, żeby zweryfikować swoje rozwiązania i załapać punkty za aktywność.

Semestry dalsze, czyli pozostałe dobrodziejstwa inwentarza

Pozostałe przedmioty na studiach (pamiętajmy, że ciągle mówimy o informatyce) można podzielić na takie, które wymagają wiedzy (np. architektura komputerów, systemy operacyjne, grafika komputerowa) i takie które wymagają klepania schematów (np. teoria obwodów, teoria informacji, automatyka, optymalizacja). Co do drugiej (gorszej, nota bene) kategorii strategia jest taka sama jak dla matematyki – trzeba się po prostu tych schematów nauczyć, a później na kolokwium/egzaminie wyklepać. Tutaj niebywale przydaje się bank kolokwiów i egzaminów z ostatnich lat do poćwiczenia. Poza tym, nie trzeba chyba wspominać, że wiele zadań się po prostu powtarza :). Nauka schematów jest żmudna, ale nie jest trudna, dlatego też chodzenie na wykłady z przedmiotów „schematycznych” jest raczej zbędne – chyba że ktoś naprawdę lubi patrzeć jak się oblicza kolejną całkę na tablicy.

Dosyć już jednak narzekania, przejdźmy do przedmiotów wymagających wiedzy, czyli bardziej złożonej materii. W trakcie 6 semestrów nauki udało mi się wypróbować dwie strategie – opiszę więc każdą z nich.

Noc przed, zasada indukcji, od zera do bohatera

Strategia ta jest bardzo prosta. Zakłada ona, że da się wszystkiego nauczyć na egzamin/kolokwium w nocy przed takowym. Zwykle nie ma wtedy mowy o spaniu, trzeba mieć dużo samozaparcia i wytrwale siedzieć i czytać. Strategia ta działa i jest praktykowana przez wiele osób – z sukcesami. Ma ona jeden szkopuł – niestety trzeba mieć pewną, podstawową wiedzę wyniesioną z wykładów (albo z książek, tudzież doświadczenia). Dla przykładu uczenie się algorytmów „od zera” w 8 godzin jest zbyt męczące psychicznie = niemożliwe. Z drugiej strony, mi z podstawami sztucznej inteligencji się udało – z zerową wiedzą wyniesioną z wykładu ;). Skuteczność tej metody zależy więc od materii i osobistych predyspozycji.

Zastanówmy się teraz nad czymś takim: „a co jeśli jednego dnia mam n kolokwiów?” (n > 1). Słynna zasada indukcji studenta mówi, że jeśli student jest w stanie nauczyć się do n kolokwiów w nocy przed, to jest też w stanie nauczyć się do n+1 kolokwiów. Dlatego jeśli jesteś w stanie przygotować się do kolosa na noc przed, to z dwoma, trzema… też nie będziesz miał problemów :). Tutaj jednak warto wiedzieć o zasadzie Pareto. Noc może nie starczyć, aby nauczyć się na 100%, jednak pewien (poniekąd 20%) wkład w każdy z n podproblemów da nam wysoki (poniekad 80%) wynik.

Co natomiast robić, jeśli na wykładach nie pojawialiśmy się w ogóle, a kolokwium/egzamin zbliża się nieubłaganie? Cóż, innego wyjścia nie ma, jak tylko kuć wytrwale nie przez jedną, a np. przez trzy kolejne noce. „Od zera do bohatera” w 3 dni wydaje się być osiągalne, niezależnie od poziomu skomplikowania materii. Może to być jednak wyjątkowo wyczerpujące i niemiłe. Spróbowałem raz – udało się, ale rzeczywiście było niemiło.

Systematyczność

Systematyczność – tego słowa nienawidzą wszyscy uczniowe. Nauczyciele nieustannie, od lat powtarzają – ucz się systematycznie, a wyniki przyjdą same. Po 5 semestrach wykorzystywania zasady „noc przed”, na 6 semestrze postanowiłem spróbować (eksperymentalnie) uczyć się systematycznie każdego przedmiotu. Nie ze wszystkimi się udało, bo niektóre były zbyt ohydne, ale jednak z większością tak :). Efekty? Znakomite. Wyniki oscylujące w okolicy 100% były normą. Koszt? Ogromny. Wymagało to wytrwałego chodzenia na wykłady i codziennej powtórki (około dwugodzinnej) tego, co udało mi się tam nauczyć. Dostrzegłem też pewien pozytywny efekt uboczny: w końcu czułem, że do przedmiotów, które lubie przykładam się w stopniu zadawalającym.

Aurea mediocritas

„Jak więc żyć, drogi Łukaszu?” słyszę pytania z tłumu. Już stoicy znali na nie odpowiedź: złoty środek. Dla przedmiotów ze schematami należy uczyć się schematów – najlepiej tak, aby mechanicznie je odtwarzać, gdy ktoś o nie pyta. Dla nudnych, nieciekawych przedmiotów wymagających wiedzy warto stosować taktykę „olewczą”, czyli uczyć się na noc przed. Do przedmiotów interesujących i lubianych najlepiej uczyć się systematycznie.

W ten sposób pielęgnujemy swoje pasje i zainteresowania i zaliczamy kolejne przedmioty, utrzymując przy tym stan frustracji na rozsądnym poziomie.

Disclaimer

Przedstawione powyżej metody działały dla mnie znakomicie. Nie tylko pozwalały gładko zaliczać kolejne przedmioty, ale również dawały dobre wyniki (jeśli mierzyć je wysokością oceny). Warto jednak pamiętać, że nie każdy ma taki sam styl nauki. Niektórzy nie są wstanie przesiedzieć nocy nad książką, innym wystarczy tylko chwilowe spojrzenie na coś i już to potrafią. Do tego, moje doświadczenia opieram wyłącznie na moich studiach, które mogą być specyficzne, ze względu na kierunek czy wydział/uczelnię. Należy więc wypracować indywidualny tryb pracy, a powyższe metody potraktować jako pewną możliwość. Sukcesu więc nie gwarantuję, jednak z całego serca życzę :).